poniedziałek, 5 listopada 2012

Kia? Nie, Chia.

Czy... czy... czy-li "czi-ja"(nie mogłam się powstrzymać:)). A po polsku szałwia hiszpańska (choć znalazłam i określenie szałwia argentyńska). Roślina wywodząca się z Ameryki Południowej znana była już w starożytności. Azteccy wojownicy pożywiali się nimi przed wojennymi wyprawami. Niedocenione przez konkwistadorów, którzy skupili swą uwagę na złocie tamtych czasów, jakim była kukurydza. Teraz wracają do łask jako jeden z superpokarmów.


W Internecie możemy znaleźć ogromną ilość informacji odnośnie cudownych właściwości nasion Chia. Ja osobiście natknęłam się na wzmiankę o nich w zakładce Health&Fitness na portalu Pinterest.com, którą często odwiedzam.

Właściwości Chia:

- 10 x więcej kwasów tłuszczowych Omega 3 niż łosoś
- 22 x więcej Magnezu niż brokuły
- 7 x więcej Wapnia niż mleko
- 18 x więcej Żelaza niż szpinak
- 3 x więcej antyoksydantów niż jagody
- więcej białka niż owies, pszenica czy jęczmień
- naturalne źródło witamin i minerałów
- brak zawartości glutenu
- szczególnie polecane przy diecie wegetariańskiej i wegańskiej



Nasiona Chia zawierają również wysokojakościowe białko składające się z szerokiego spektrum aminokwasów w odpowiednich proporcjach tzw. białko kompletne. Poza tym procentowy stosunek białek, tłuszczów i węglowodanów jest również bardzo korzystny. 



Tyle z tego co ma w środku. Jeżeli chodzi o właściwości fizyczne nasion Chia to należy zwrócić uwagę na ich hydrofilowość. Termin ten oznacza zdolność cząsteczek chemicznych do łączenia się z wodą. I tak się właśnie dzieje w przypadku naszych nasion. Po wymieszaniu z wodą pochłaniają jej część tworząc galaretowaty kleik. Nasiona są w stanie pochłonąć ilość wody dziewięciokrotnie przewyższającą ich masę. Dzięki tej właściwości Chia dodane do posiłku pozwoli na szybsze osiągnięcie uczucia sytości. Nasiona chłoną wodę i nie jest ona tak szybko odprowadzana z pokarmu czyniąc go sycącym na dłużej. Oprócz tego powstawanie tej specyficznej galaretki powoduje powstanie swoistej bariery pomiędzy węglowodanami, a enzymami trawiennymi, przez co proces przekształcania trawienia cukrów jest znacznie spowolniony. Ma to znaczenie zwłaszcza dla osób zmagających się z cukrzycą.

Ja kupiłam swoje nasionka w sklepie ze zdrową żywnością, a wyglądają one tak:




Używam ich głównie do porannej owsianki, koktajli owocowych, ale także do sałatek i sosów. Nie zmieniają smaku potraw, dlatego można je dodawać dosłownie do wszystkiego. Producent na opakowaniu zaznacza jednak, że maksymalne ilość dodanych nasion powinna stanowić nie więcej niż 5% masy końcowej naszej potrawy. Należy także pamiętać, aby spożywać odpowiednie ilości wody, bo nasionka bardzo lubią "pić":)

Mam nadzieję, że przekonałam niektórych z was do tych nasionek. A może ktoś z was już próbował i ma inne spostrzeżenia? Zachęcam do komentowania.

Pozdrawiam!

LPM


niedziela, 4 listopada 2012

Postanowienia listopadowe '12

Do postanowień noworocznych nigdy nie miałam serca. Zawsze postanawiałam to i tamto, ale w ciągu całego roku nie znalazłam ani jednego dnia na refleksję i rachunek sumienia, na skonfrontowanie tego co założyłam zrobić z tym co faktycznie zrobiłam. I tak mijał każdy rok dumnie rozpoczęty od "nowych" postanowień. Tak naprawdę z roku na rok postanowienia niewiele się od siebie różniły: schudnę, zapiszę się na jakiś kurs/dodatkowe zajęcia, podszkolę któryś z języków obcych, to ulepszę, tamto naprawię. 


Ostatnio natrafiłam na pomysł postanowień miesięcznych. Spodobał mi się on na tyle, aby dać mu szansę. Stąd postanowienia listopadowe. Postanowiłam kilka rzeczy, z których mam zamiar rozliczyć się przed wami 4 grudnia, jeżeli spełnię je w 95% to nagrodzę się MACowym zestawem świątecznym, jeszcze nie wiem którym. 


pobrane z pinterest.com


Starałam się aby moje postanowienia były konkretne, łatwe do zweryfikowania i przede wszystkim takie na jakie mam całkowity wpływ. Dlatego też od razu odpadło postanowienie "schudnę tyle i tyle", bo choćbym nauczyła się szpagatu na rzęsach i zredukowała posiłki do absolutnego minimum to nie mam pewności, że schudnę ustaloną ilość. Ale bez owijania w bawełnę.

Oto i ona - lista moich postanowień:

Fit

1. Skończyć 30 Day Shred - obecnie jestem na 3 dniu drugiego poziomu, ale miałam kilka przerw, bo przeplatałam ten trening ze skalpelem, czasami zrobiłam obydwa, ale czasami po prostu nie dałam rady.

2. Wykonywać Skalpel Ewy Chodakowskiej min. 3 razy w tygodniu - bardzo lubię ćwiczyć z Ewą. Jest zupełnie inna niż Jillian, ale moim zdaniem te dwie Panie się fajnie uzupełniają jeżeli chodzi o treningi dla osób początkujących. 

3. Iść pobiegać min. 1 raz - dlaczego tylko raz? Z jednego prostego powodu -> 1>0, czyli lepiej jest pobiegać raz niż nie biegać wcale. Kiedyś próbowałam, ale zerowość mojej kondycji pokrzyżowała mi plany i tak oto nastały marazm i stagnacja w tej kwestii i długo ten stan nie ulegał zmianie.

Dieta

1. Ograniczyć spożycie węglowodanów do 150 g dziennie - najtrudniejszy punkt, ale także taki wobec którego mam najwięcej zastrzeżeń, bo nie wiem czy to dobra wartość tzn. wyczytałam gdzieś, że nie powinno się schodzić poniżej stu, gdzieś indziej wyliczyłam sobie, że ja potrzebuję ich około 200 g przy spożyciu 1500 kcal, bo to jest 55% i w sumie nie wiem, czekam na wszelkie sugestie w tej kwestii, najwyżej wy-edytuję i obostrzę lub zwiększę zawartość tego składnika.

2. Spożywać warzywa i owoce w proporcji 50:50 - chodzi mi głównie o to aby nie ograniczać się do samych owoców w diecie, bo wiadomo fruktoza też cukier i żeby zmaksymalizować udział warzyw, bo mimo, że lubię i zawsze jadłam ich sporo to jednak odstawienie słodyczy sprawiło, że na owoce miewam ochotę znacznie częściej niż na warzywa.

3. Kontynuować niejedzenie słodyczy - chodzi mi tu o wszelkie produkty o wysokiej zawartości cukru i tłuszczu. Nie ważne czy kupne czy domowe, chcę je wyeliminować całkowicie. Pewnie wiele z was popukało się teraz w głowę i pomyślało: nie możesz ich całkowicie wyeliminować, bo nie wytrzymasz. Otóż ze mną jest tak, że nie jestem w stanie zjeść kilku kostek czekolady, nie jestem w stanie zjeść kilku Maltersów, nie jestem w stanie ograniczyć się do jednego ciastka. Jak już zacznę to przepadłam. Pochłaniam słodycze na opakowania nie na sztuki. "Mam na imię P. i jestem słodyczoholikiem. Od 24 dni jestem czysta." ;) 

Uroda

1. Podciąć wreszcie włosy - komentarz chyba zbędny.

2. Używać dermarollera raz w tygodniu - fajna sprawa, zwłaszcza na cellulit.

3. Maseczka 2 razy w tygodniu - również bez komentarza.

Psyche&art

1. Skończyć czytać "Kancelarię".

2. Wykonać własnoręcznie stroik jesienny na ławę.

3. Ugotować potrawę jakiej jeszcze nigdy nie jadłam - tu trochę komentarza się przyda. Potrawa ma być wymyślna i skomplikowana, a jednocześnie bardzo odżywcza i umiarkowana kalorycznie. Dobrze, aby wymagała długich przygotowań, cierpliwości i kulinarnej wirtuozji. Po zakończonej pracy ma mnie rozpierać duma i bić ode mnie blask wzniesienia się na wyżyny ;)

Wyszło po trzy, chociaż nie planowałam. Zabieram się dziś do realizacji. Do tych co wymagają codziennej uwagi przygotuję sobie jakąś tabelkę. Albo do kalendarza zacznę wpisywać i później wrzucę go tutaj? Coś na pewno wymyślę, bo kreatywności to mi ostatnimi czasy nie brakuje. Na dziś się żegnam.

Buziaki

xxx

LPM

Śniadanie #1 Placuszki z komosy

Takie tam niedzielne śniadanie. Miało być coś niezwykłego, wspaniałego, wyszło inaczej, ale smacznie. Przepis inspirowany tym z bloga Relish It gdzie zamiast pasiflory użyte zostały banany. Dodałam też jajko, którego w przepisie nie było. No i nie miałam mleka o.O W zasadzie przepis miał być zaczerpnięty z wyżej wymienionego bloga, ale wyszło jak wyszło. Jest po mojemu. Z tego co było pod ręką. 

zdjęcie własne wykonane telefonem Nokia C6 stąd wątpliwa jakość psująca nieco wrażenia estetyczne mojego śniadania


Placuszki z komosą:
1/2 szklanki mąki z komosy ryżowej lub zmielonej komosy
1/2 szkalnki jogurtu greckiego
1 jajko
szczypta sody oczyszczonej
szczypta proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki miodu
olej kokosowy do smażenia
owoc wedle uznania

kcal: 577 białko: 20g tłuszcze: 22g węglowodany: 73g


Mąkę lub zmieloną komosę wymieszać z proszkiem i sodą oczyszczoną. Dodać jogurt, jajko i miód. Na patelni rozgrzać olej kokosowy. Nakładać po dwie łyżki stołowe ciasta. W zależności od użytych owoców można je położyć na placuszki, kiedy smażą się na pierwszej stronie i obsmażać razem z nimi po przewróceniu na drugą (jak racuchy). Ja z uwagi na to, że używałam pasiflory, dodałąm ją na końcu, już po usmażeniu placuszków.


Jeżeli chodzi o samą komosę, która powraca do łask po latach zapomnienia, to planuję napisac o niej więcej w najbliższym czasie, jako że stała się ona nieodłącznym składnikiem wielu moich posiłków.

Smacznego wszystkim i życzę miłej niedzieli.

sobota, 3 listopada 2012

Idzie nowe


 


Oto ja. (Oczywiście nie na żadnym ze zdjęć:)) W tym roku stuknęło mi ćwierć wieku. Od ukończenia studiów minęło już parę miesięcy. Jestem bez pracy. Mój plan na życie nie wypalił, miało być tak pięknie i kolorowo, a jest szaro i nijak. Ostatnio mam zbyt wiele czasu na refleksję. Kiedy zakładałam tego bloga tematyka miała być zupełnie inna. A teraz? No cóż zmieniłam swoje podejście do życia, więc wypadało by i zmienić bloga. Musze się komuś wygadać, a nie mam za bardzo komu. Wyemigrowałam sama. Nie przyjechałam do przyjaciół czy rodziny. Przyjechałam do Niego, ale nie chcę go sobą zamęczyć. W moim życiu zaszły zmiany. Z jednej strony stoję w miejscu i nie ruszam z niczym do przodu, z drugiej jednak coś cały czas się zmienia. We mnie. W środku.

Ostatni post opisywał mniej więcej jak kształtowała się moja świadomość samej siebie, postrzeganie mojego ciała i nadmiernej wagi. Dzisiaj skupię się na ostatnim roku. Może kilkunastu miesiącach.  Jak tylko skończyłam studia, ale jeszcze przed obroną, wyemigrowałam do UK. Przez ostatnie miesiące studiów stałam się bardzo aktywna: siłownia, zajęcia fitness, tenis, dieta dra Dukana, to wszystko ustawiło mnie na dobrej drodze ku mojemu nowemu ja. Pani magister P. miała być kobietą z klasą. Zadbana, dobrze ubrana, umalowana, a przede wszystkim zgrabna. Bo zgrabna to ja niestety nigdy nie byłam. Nie będę owijać w bawełnę. Jednak wtedy postanowiłam, że będę. No i tak sobie trenowałam, odchudzałam się i przestałam. Przysięgam wam na wszystko, że nie mam zielonego pojęcia dlaczego tak się stało. Po prostu. Przestałam i już. Później był wyjazd i niby odżywiałam się zdrowo, ale nie ruszałam się wcale. No i zaczęło się. Powoli, spokojnie, bez żadnych uniesień zaczęłam obrastać tłuszczem. Nadrobiłam każdy zgubiony w ciężkich potach i wyrzeczeniach kilogram, a jak by tego było mało to zaczęłam zbliżać się do wagi krytycznej, by pewnego pięknego dnia zupełnie nieświadomie ją przekroczyć. Oczywiście zbędne kilogramy nie wzięły się znikąd. Czekolady i wyrobów czekoladowych jadłam na tony. Słoiczek Nutelli (ten mniejszy po którym zostaje fajna mała szklanka) na raz, no góra półtora. Może nie codziennie, ale dwa razy w tygodniu. A pozostałe pięć dni? Inne smakołyki. Tortilla Chips z pysznym sosem. Domowa Pizza na podwieczorek. Pół kubełka lodów Haagen Dazs. 

zdjęcie znalezione na http://pinterest.com

Trwało to kilka miesięcy. W międzyczasie wróciłam do kraju, aby stać się magistrem, wyjechałam na krótkie wakacje, aktywność fizyczna wahała się między 0 a 0,1 w skali od 1 do 10. Zapewne zastanawiacie się teraz kiedy nastąpi zwrot akcji. Co się stało, że się wreszcie zachciało? Moment nie był jakiś szczególnie pasjonujący. Ot rozmowa kwalifikacyjna i konieczność ubrania się "smart". Nic się nie dopina. Zestaw z magisterki ratuje sytuację, chociaż koszula w biuście tak jakby przyciasna. Rozchodzi się. Koszmar. Wbiłam się w coś w końcu. Poszłam. Rozmowa cudowna. Dobrze, że urok osobisty nie zarósł mi tłuszczem, bo na to chyba nie ma ani diety ani ćwiczeń. Odezwali się. Chcą mnie zatrudnić, ale nie koniecznie tam gdzie aplikowałam. Tam już kogoś mają. Jak się pojawi jakaś oferta na ich stronie mam dzwonić i umawiać się na rozmowę.

Zaczęłam rozmyślać, że pewnie jeszcze dużo czasu będzie musiało minąć zanim zacznę pracować. Czas. Tak. Od zakończenia studiów cierpiałam na jego nadmiar. Naprawdę. Szlag mnie trafiał jak budziłam się wypoczęta o 7 rano, bo wiedziałam, że domowe obowiązki  i poszukiwanie pracy zajmą mi tylko malutką część dnia, a resztę spędzę gapiąc się w monitor i szukając sobie zajęcia. Dopiero wtedy do mnie dotarło jak wiele mogłam zrobić przez te kilka miesięcy i jak wiele czasu zmarnowałam. Postanowiłam z tym skończyć. 

Najpierw zabrałam się za znany wam zapewne 30 Day Shred z Jillian Michaels, po jakimś czasie dołączyłam trening z Ewą Chodakowską, bo jednak 30 minut dziennie było mi mało. Poza tym jakieś trzy tygodnie temu powiedziałam dość słodyczom. I od tamtej pory dwa razy skusiłam się na łyżeczkę miodu i to tyle. Nawet mnie nie kusi. jak tego dokonałam. Po prostu. Bez żadnej presji, bez żadnych przygotowań, bez "od jutra". Postanowiłam i wykonałam. Tzn. wykonuję. Bez żadnego ściemniania, bez podjadania, bez leniuchowania. 

Od teraz niniejszym oświadczam, iż ów blog stanie się pamiętnikiem moich dalszych poczynań w tej materii. Będę starała się na bieżąco informować nieliczne jeszcze grono moich czytelników o wszelkich postępach i regresach. Będę dzielić się moimi wymysłami kulinarnymi, odkryciami poczynionymi w sklepach ze zdrową żywnością oraz przede wszystkim efektami mojej ciężkiej pracy. Bo uwierzcie mi, że niczym jest rezygnacja ze słodyczy wobec unoszenia ud w pozycji na brzuchu w Skalpelu Ewy Chodakowskiej. Niczym jest wyrzeczenie się konserwantów i wysoko przetworzonej żywności wobec pompek z Jilian. A że ciężka praca się opłaca pokazuje mi co tydzień mój centymetr krawiecki, coraz to mniejszą wartością w cm.


zdjęcie znalezione na http://pinterest.com



To tyle przydługiego wstępu do nowego oblicza bloga. Mam nadzieję, że znajdzie się choć jeden śmiałek, który odważy się ten tekst przeczytać. A jeżeli się nie znajdzie, trudno. Jakoś to przeboleję ;)

Pozdrawiam

LPM

wtorek, 23 października 2012

Dlaczego dziewczynki się głodzą?


Nie było mnie tak długo, z jednego prostego powodu. Nie miałam nic ciekawego do napisania. Poważnie. Bezsensowne nabijanie postów nie jest dla mnie. Powracam z tematem starym jak świat, ale z dekady na dekadę, tak samo aktualnym. 

Jakiś czas temu zainspirowana jedną z blogowych koleżanek, a mianowicie Urban, postanowiłam powrócić (tak tak to nie jest moje pierwsze podejście) do w miarę możliwości jak najbardziej zdrowego stylu życia. Zasady były proste. Ćwiczymy, zdrowo jemy i cieszymy się z efektów. Nie wprowadzałam żadnej specjalnej diety. Zapisywałam to co jem, ale raczej chodziło mi o poprawienie jakości, niż zmniejszenie ilości. Wyeliminowanie niektórych "śmieciuchów", choć było ich niewiele, poskutkowało zmniejszeniem się bilansu kalorycznego. Dziennie wychodzi od 1200 do 1700, przy mojej wadze 2000 to zalecana norma dziennego spożycia.

Dni mijały zdrowy styl życia wpasował się w codzienność, niczego nie utrudniał, czasami ułatwiał. Nadmiar czasu wolnego spowodował, że zaczęłam moją odgrzewaną pasję rozwijać poprzez poszerzanie wiedzy, poszukiwanie zdrowych nowinek żywieniowych, wprowadzanie nowych zestawów ćwiczeń. Z pomocą przyszedł pinterest.com i zakładka Health&Beauty oraz nasza kochana polska i nie polska blogosfera. I o ile znalazłam kilka perełek motywacyjnych. To odkryłam także mroczną stronę - nastoletnie fit blogi.


Oczekiwania                                                                                                   Rzeczywistość 








vs 









znalezione w google.pl pod hasłem skinny-girl


Nie napiszę, że kiedy ja miałam lat naście to czegoś takiego nie było, że jestem oburzona dzisiejszą młodzieżą i nie będę wołać o pomstę do nieba, nie będę skandować: gdzie są rodzice?! Nie napiszę ponieważ zjawisko to jest mi bardzo bliskie, tylko teraz spoglądam na nie z nieco innej perspektywy. Kiedy miałam 13 może 14 lat zaczęłam się pierwszy raz odchudzać. Dlaczego? Bo siostra pielęgniarka* obliczyła mi BMI i powiedziała, że mam nadwagę i powinnam schudnąć jakieś 14 kilo. Byłam na etapie kiedy to jeszcze nie stałam godzinami przed lustrem i nie byłam świadoma swojej wagi-nadwagi. To znaczy, wiedziałam, że ważę więcej niż przeciętne koleżanki, że chłopcy się za mną nie oglądają, że bikini jest nie dla mnie. Ale powiem wam szczerze, że na tamtym etapie żadna z tych rzeczy nie była dla mnie zmartwieniem. Miałam przyjaciół, łatwo nawiązywałam kontakty, dobrze się uczyłam i miałam masę zainteresowań. Ten błogostan by sobie trwał może rok, może więcej, nie wiem. Ale siostra pielęgniarka stwierdziła, że musi mnie uświadomić. I to było przykre. Wypłakałam się mamie, kiedy przyjechała mnie odwiedzić, ale to przykre uczucie pozostało. 

Zaczęło się od tego, że przestałam przychodzić na śniadania, z obiadu jadłam tylko część drugiego dania, pomijałam zupę i jadłam coś na podwieczorek o 17, kolację też opuszczałam. Schudłam i to bardzo, nie wiem ile, bo się nie ważyłam, ale do tego stopnia, że spódnicę w której chodziłam musiałam wiązać na supełek z boku, bo inaczej lądowała przy kostkach. Przy kolejnej wizycie rodzicielskiej mama zauważyła, że schudłam, ale nic nie wskazywało, że dzieje się coś niedobrego. Przez następne 2 lata waga stopniowo wracała do punktu wyjścia. Działo się to bardzo bardzo wolno, wręcz niedostrzegalnie.

Później przyszło liceum no i katorżnicze diety, trochę ćwiczeń, głodówki od czasu do czasu, przeróżne specyfiki odchudzające. Waga znikała i wracała. I tak do studiów. Na studiach mi przeszło. Pojawił się TŻ i został na stałe. Czasami chudłam, ale nie jakoś spektakularnie. Zazwyczaj na zimę, na zimę zawsze było łatwiej. Pod koniec studiów, zaczęłam się zdrowo odżywiać, zapisałam się na siłownię. Później przygotowania do obrony, brak czasu na ćwiczenia, obrona się nie odbyła, przełożona na kolejny rok, ćwiczenia od czasu do czasu, zdrowy tryb życia powrócił i zadomowił się na dobre.

Ot tyle moich wynurzeń z przeszłości. Teraz pewne wnioski. Doprowadziłam mój metabolizm do stanu opłakanego. Już prawie rok staram się go normować i wiem, że jeszcze sporo pracy przedemną. Przegłodziłam moje komórki niejednokrotnie i dużo bym dała żeby to cofnąć, żeby mogły teraz funkcjonować tak jak powinny, a nie kumulować wszelkie nawet minimalne nadwyżki kalorii w obawie, że głód powróci. 

Co mogłam zrobić żeby uniknąć przykrych konsekwencji z którymi się teraz borykam, a które w większości wynikają z moich błędnych wyborów związanych z odżywianiem? Mogłam się do-edukować. Nie przyszło mi to do głowy. Byłam młoda i wszystko robiłam na własny rozum. Mniej zjem - schudnę. Zjem więcej - przytyję. Przegłodzę się - schudnę szybciej. Taka była moja logika. Nie przyszło mi do głowy wziąć pod uwagę procesów metabolicznych zachodzących na poziomie komórkowym. Właściwych proporcji składników odżywczych w pożywieniu. Nie wiedziałam nic o błonniku, dobrych tłuszczach, minimalnym zapotrzebowaniu na kalorie. Z biologii miałam zawsze 5 i nie była to wiedza ulotna, ponieważ wszystko pamiętam do tej pory, z chemii to samo. Niestety nie przyszło mi do głowy, że moja wiedza w tym zakresie może być użyteczna w kwestii odżywiania. Wiedza była wykorzystywana tylko na potrzeby sprawdzianów. I tyle. Jakbym uczyła się o jakimś zupełnie innym człowieku, jakby to wszystko mnie nie dotyczyło.

Co mogło zrobić otoczenie? Mam tu na myśli wszystkich dorosłych ludzi, którzy mieli tzw. doświadczenie życiowe i mogli uchronić mnie przed popełnieniem niektórych błędów. Rozbiję to na kilka grup. Rodzice nie mogli zrobić za wiele. Wiek nastoletni jest wiekiem bardzo słabego zrozumienia na płaszczyźnie rodzic-dziecko. Moja mama zawsze się starała, dostrzegam to dopiero teraz i łzy mi się cisną na oczy jak przypominam sobie jaka bywałam dla niej czasami okropna. Szkoła w moim akurat przypadku była początkiem problemu, bo gdyby nie siostra pielęgniarka i jej rzekoma diagnoza 14 kilo nadwagi, to może bym tak wcześnie nie zaczęła. Pielęgniarka szkolna powinna mieć większą wiedzę i przede wszystkim wyczucie w takich sprawach. Moje BMI nigdy nie przekraczało normy, a z tego co ona mi wtedy wyliczyła to była by moja waga minimalna i niekoniecznie zdrowa. W liceum pielęgniarka nie była lepsza. Kiedyś zasłabłam na lekcji, miałam z nią rozmowę i patrząc z perspektywy czasu, ja miałam zdrowsze podejście do odchudzania niż ona. Cytat z Pani pielęgniarki licealnej: "Kiedy chudnę mniej niż 2-3 kg tygodniowo, to mi się odechciewa, bo to tak jak by w ogóle nie było efektu. Nie mam cierpliwości do takiego odchudzania". 

A tak naprawdę to dlaczego dziewczynki się głodzą? Bo chcą wyglądać szczupło, chcą być ładne, mają wypaczony ideał kobiecego piękna, wzorowany na modelkach z kolorowych czasopism, chcą mieć chłopaka, chcą komuś zaimponować? Dziewczynki się głodzą, bo nie potrafią zaakceptować siebie takimi jakie są. Chcą się wcisnąć w ciasną formę szczęśliwej dziewczyny promowanej przez media. Forma ta nie waży więcej niż 50 kilo, ma świetny styl, jest duszą towarzystwa, ma silny charakter i własne poglądy, twardo stąpa po ziemi, jednak zdarza jej się bujać w obłokach, jest typem imprezowiczki, ale wszystko ma zawsze pod kontrolą, robi sobie mnóstwo zdjęć i na każdym wygląda świetnie, czasami jest smutna, ale to bardziej nostalgia pragnienie czegoś więcej, nie dotyczą jej żadne przyziemne sprawy, jakby chociaż sprzątanie czy zakupy w warzywniaku, kupuje i owszem ale w butikach z pięknymi rzeczami i ona ma na to wszystko czas. Dlaczego? Bo nie ma czasu na życie. Dziewczynki się głodzą, bo ten surrealistyczny model postępowania wydaje im się jedyny i słuszny. Jest kluczem do szczęścia. Nie zdają sobie sprawy, że to tylko forma. Być może fotografia, być może postać z filmu, serialu. Forma nie ma życia, jest sztucznym wytworem i wpasowanie się w nią jest niemożliwe, a już sama próba jest groźna dla każdego kto się jej podejmie. Dlaczego? Bo forma to wycinek czasu i przestrzeni. Forma się nie starzeje, nie musi myśleć o konsekwencjach, bo jej nie dosięgną, nigdy. Forma nie je, bo nie musi, nie potrzebuje. Forma może imprezować do białego rana, pić i palić, bo wszelkie zagrożenia z tym związane są automatycznie niwelowane. Nie była by przecież formą gdyby jej obraz byłby nieatrakcyjny. Gdyby się okazało, że ma raka płuc, albo że leżała pół nocy pijana w parku, albo, że nie stać ją na życie, bo wszystko wydała w butikach z ładnymi rzeczami, albo, że nie ma chłopaka, bo tak oni wolą te zwykłe dziewczyny, nie te z formy? Im dalej formie do rzeczywistości, tym rzeczywistość stara się ją bardziej naśladować. Błędne koło. Napędzamy je od dawna i nie zdajemy sobie sprawy z konsekwencji. Ludzkość się rozwija, ale wraz z rozwojem rzeczy dobrych, rozwijają się też zagrożenia. Rozwój jest pewną stałą, która dotyczy wszystkich aspektów życia. 

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie odnalezienie całej masy blogów pisanych przez nastoletnie dziewczyny. Mało tam zdrowego stylu życia, mało motywacji, za to całe mnóstwo presji i drakońskich diet. Skinny Girl Diet? Słyszał ktoś? Ja się przeraziłam. Dziewczyny nakręcają się nawzajem, aby schudnąć jak najwięcej, jak najszybciej, jeść jak najmniej, przez jak najdłuższy okres czasu. Zgroza. Nastolatka wraca ze szkoły, gdzie przez cały dzień czuła presję, chociaż nigdy się do tego nie przyzna, żeby być najlepszą, najszczuplejszą, najładniejszą i w domu zastaje telewizor, z którego sączą się szczęśliwe formy, do wyboru do koloru, różnej płci i w różnym wieku oraz internet, który niczym nie filtrowany zalewa coraz to "szczęśliwszymi" formami. Do tego negatywne czynniki występujące w szkole, powielają się w internecie.

Co z tym zrobić? Nie wiem. Zapraszam do dyskusji. Zachęcam także do kopiowania i publikowania, całości lub części tekstu, z podaniem odnośnika do źródła. Mam nadzieję, że dotrze on i skłoni do refleksji jak największą liczbę czytelników.

xxx

LPM

piątek, 13 lipca 2012

Pomiędzy wyjazdami

I już po wakacjach. Tydzień zleciał szybciej niż się spodziewałam. Gdyby nie drobne problemy z hotelem i odkryta we mnie niechęć do natarczywości sprzedawców charakterystycznej w krajach arabskich, to uznała bym je za bardzo udane. Tak zaliczam je do udanych, ale nie w pełni. Djerba jest ciekawą wyspą, ale temperatury w lipcu są iście piekielne. Niestety żadne dalsze piesze wycieczki w ciągu dnia nie wchodziły w rachubę, głównie ze względu na mamę (stan zdrowia jej nie pozwala), ale również mi upały dały się we znaki. Kilka razy wybrałyśmy się na przepiękna plażę położoną niedaleko hotelu.

google.com

Żadnych wielkich zakupów nie poczyniłyśmy, ponieważ kupowanie typowych pamiątek było dla nas stratą pieniędzy i nic nas na tyle nie urzekło żeby z tej zasady zrezygnować. Jedyne co wpadło najpierw na myśl, a dopiero później w moje łapki to olejek arganowy. Już dawno chciałam takowy zakupić, jednak nigdy nie spotkałam go "na żywo", a ebayowym nie do końca ufałam. Nie kosztował majątku, więc postanowiłam spróbować. Zobaczymy jak się sprawdzi. Na razie posłużył do tuningu maseczki Dr. Ireny Eris, (której recenzji był ostatnio wysyp, więc ja się chyba wstrzymam). Na strefie bezcłowej zaopatrzyłam się w tusz do rzęs YSL Singulier. Klasyczny. Czarny. Kupiony w duecie wyszedł nas 105zł za sztukę. Na zdjęciu z tyłu mamina chałwa :)



Ogólnie na tym krótkim urlopie zdążyłam sobie wyrobić zdanie o kilku typowo wakacyjnych produktach i w najbliższym czasie pojawią się ich recenzje. Moje włosy zatęskniły za maseczkami kładzionymi na dłuższy czas pod czepek, chociaż nie szczędziłam im olejków. Ogólnie wróciły w niezłej kondycji, ale wyjeżdżały w bardzo dobrej. Poparzyłam trochę skalp, mimo noszenia chustki i zabezpieczania włosów sprayem ochronnym. Dekolt też troszkę poparzyłam. Ale ogólnie żadnej większej traumy moja skóra nie przeżyła.

Obecnie jestem przed powrotem do mojego kochanego domku w UK. Chociaż u mamy żyło mi się dobrze, mogłam z powodzeniem realizować moją pasję kulinarną i podglądać mamy pasję florystyczną, to jestem strasznie stęskniona. Chcę do domu, do drugiej połówki, jeszcze tylko przeprawa z 70 kg (albo i lepiej) bagażu i jestem u siebie.

Pozdrawiam wszystkich cieplutko
xxx
LPM

środa, 4 lipca 2012

Lancaster na wakacje

Już jutro dzień wyjazdu na upragnione wakacje. Obrona za mną, poszukiwania pracy przede mną, a w międzyczasie krótki wyjazd. Na Djerbę, tunezyjską wyspę, która z niczego konkretnego nie słynie i komu bym o niej nie mówiła, to nie kojarzy. Początkowo miała być Madera, ale wyszła Djerba. Inny kontynent, zupełnie inna kultura, za to mnóstwo piaszczystych plaż i słońca. 

Od jakiegoś czasu zwracam szczególną uwagę na produkty, które chronią skórę przed słońcem. Do twarzy mam swojego całorocznego ulubieńca, którego od czasu do czasu podmieniam innym produktem, ale o ochronie całego ciała przypominam sobie dopiero latem. 



Na początku lata kupiłam krem Lancaster Sun Age Control Body Lotion SPF30 (w środku bez kartonika) i jak na razie sprawuje się całkiem dobrze. Pełną opinię wyrobie sobie o nim dopiero po urlopie, bo na razie smarowałam nim tylko nie zakryte ubraniami części ciała, ramiona, dekolt czasem nogi.

Pozostałe dwa to samoopalacz Lancaster Self Tanning Gradual Hydrating Bronze Lotion Face&Body (po lewej) i balsam po opalaniu Lancaster After Sun Tan Maximizer Rich Firming Cream (po prawej).

Samoopalacza użyję dosłownie za momencik, żeby choć trochę przybrązowić mą bladość zanim wyjdę w stroju kąpielowym do ludzi (ludzi, którzy pewnie słońce uważają za przyjaciela skóry i obcują z nim w nadmiarze, na szczęście wyznaję pogląd zupełnie odwrotny). Ogólnie jako rasowy bladzioch obrażony na solarium od lat z samoopalaczami jestem za pan brat. Nie jest to super zdrowe dla skóry, ale o wiele lepsze niż smażenie się na słońcu, a stosowane z umiarem przynosi same korzyści.

Co do balsamu po opalaniu to mam nadzieję, że nie skończy jak wszystkie poprzednie, a mianowicie użyty raz i rzucony w kąt. Będę go tuningować 75% d-panthenolem zakupionym na ZSK, głównie w celach włosowych. Dawno się nie opalałam i obawiam się poparzeń i uczulenia słonecznego i mam nadzieję, że te pierwsze ów balsam ukoi, a do tych drugich nie dojdzie. 


O tym jak kosmetyki się sprawowały napiszę po powrocie. Chcę jeszcze wspomnieć o ochronie wewnętrznej, jaką stosowałam od kilku tygodni. Po pierwsze soczek marchewkowy, codziennie lub co drugi dzień. Po drugie Belissa Sun, jestem przy końcu opakowania i po trzecie pewne obrzydlistwo, którego nikomu nie polecę, a zakupiłam sztuk 4 zmusiłam się do wypicia trzech. A mianowicie Vitamin Shot Beta Karoten, czyste chemikalia, ładnie opakowane. 


To tyle w przedurlopowej notce. Co sądzicie o moich wyborach? Może znacie coś lepszego?
Pozdrawiam!
LPM